Rozmowa z Michałem Łuczakiem

Joanna Figarska: Znalazłam w Internecie filmik z jednej z Twoich podróży. Trwa on niecałe 6 minut i muszę Ci powiedzieć, że ten materiał o Islandii jest jednym z najbardziej interesujących, jakie ostatnimi czasy widziałam. Udało Ci się bowiem zamknąć w krótkim czasie historię i o miejscu, i o ludziach, a wszystko połączyłeś jednym słowem „izolacja”. Zastanawiam się zatem, co było u Ciebie najpierw – film czy fotografia? Ruch czy stateczność (nie mylić z dynamiką), którą daje zdjęcie? Jak mocno według Ciebie te dwie dziedziny mogą się przenikać, jeśli w ogóle?

Michał Łuczak: Nie specjalnie potrafię teoretyzować, więc pewnie trudno mi będzie odpowiedzieć na to drugie pytanie. Jeśli chodzi o pierwsze, to nigdy dotąd nie robiłem filmów. Na początku była fotografia, ale od dłuższego czasu to film skłania mnie (jako odbiorcę) do refleksji o wiele bardziej niż fotografia. Jestem pod wrażeniem tego, jak film potrafi opowiadać, mając do dyspozycji tak wiele narzędzi. Niesiony tym zachwytem oczywiście mam chęć zmierzenia się z nim już nie od strony widza. Czy coś z tego wyjdzie, i kiedy, dziś nie jestem w stanie jeszcze nic konkretnego powiedzieć, poza tym, że nieustannie o tym myślę.

Odpowiadając na ostatnie, to chciałbym, żeby u mnie mocno się przenikały, dlatego też na moich warsztatach z fotografii dokumentalnej w ramach gościnnych wykładów pojawiają się reżyserzy filmów dokumentalnych. Zdarza nam się więc oglądać dokumenty i dużo o nich rozmawiać. Dla mnie w filmie ważna jest struktura, i rzemiosło.

Mówię o tym, bo fotografia często rezygnuje z przygotowania, refleksji i świadomości podczas procesu samego fotografowania, jak i, co gorsze, później, przy edycji. Jest pozornie łatwa, więc każdy może chwycić za aparat. Film jest trudny ze względu na swoja złożoność i zależność od współtwórców, dlatego powstaje przy większej świadomości i po dogłębnym przygotowaniu. Reżyserom zazwyczaj łatwiej jest powiedzieć, dlaczego jakiś film powstał i o czym on jest, natomiast fotografowie często nie potrafią odpowiedzieć na te pytania lub używają prostych sprawdzonych fraz, za którymi niewiele stoi. Dla mnie podstawową płaszczyzną przenikania się tych dwóch dziedzin jest ta rzemieślnicza, z której aktualnie chciałbym czerpać. Poza tym obie są obrazem i obie mówią do widzów.

Mówisz o rzemiośle.Jak w takim razieTy-fotograf przygotowujesz się do zdjęć? Każdy z Twoich albumów był dużo wcześniej zaplanowany? Zawsze „czekasz”na zdjęcie (słynny decydujący moment Cartier-Bressona)? Iczy w ogóle da się zaplanować zdjęcie, na przykład dokumentalne? Wydaje mi się, że film jest – przynajmniej w teorii – bardziej przewidywalny,schematyczny,fotografia natomiast jedynie przypierwszym zachłyśnięciu się nią jest łatwa i oczywista. 

Niestety, a może właśnie na szczęście, kiedyś w ogóle się nie zastanawiałem przed robieniem zdjęć, szedłem na żywioł i coś zawsze się z tego ułożyło. Potem odkryłem, że można się skupić na jakimś wycinku z danego zjawiska i bardziej w nie wejść. To było ważne, bo na przykład przy okazji fotografowania Kalwarii Zebrzydowskiej po trzech latach bezrefleksyjnego latania za pielgrzymami, znalazłem grupę starych górlali, z którą nocowałem i spędzałem większość dnia, a gdy szli spać, szedłem na noc do bazyliki fotografować śpiących pielgrzymów. I choć teraz nikomu tych zdjęć nie pokazuję, to wciąż uważam, że ten krok był mądry i przyniósł efekt, na jakim mi zależało. 

Jeśli mówimy o planowaniu, to w tym momencie myślę o punkcie, z którego mam wystartować, ale w dokumencie nigdy nie można zamykać się na swoją tezę, bo zbyt wiele cennych rzeczy może nam umknąć. Nie chodzi mi o mijanie się z prawdą, bo prawdą w ogóle się nie zajmuję trudno właściwie powiedzieć, czym ona jest. Jeśli, dajmy na to, zaczynałem fotografować dworzec w Katowicach, to wiedziałem, że nie będzie to książka o architekturze, tylko o przestrzeni, w której funkcjonują ludzie, o których istnieniu wiedziałem. Jak robiłem Wisłę, [album Ekosystem – przyp. red.] to chciałem pokazać busz w środku miasta, ale bez miejskich punktów odniesienia i wiedziałem, że ludzi nie będzie można na portretach rozpoznać. Reszta przychodziła w trakcie i zawsze byłem otwarty na coś nieoczekiwanego. Przynajmniej takie mam wrażenie. 

Nie wiem też do końca, czym jest fotografia dokumentalna, to tak szerokie pojęcie, że trudno mi je zamknąć w konkretnych ramach, dlatego uważam, że można zaplanować, a nawet zaaranżować fotografię dokumentalną i nie będzie ona kłamstwem ani nadużyciem, Karczeby Adama Pańczuka są aranżowane, ale jednocześnie są wspaniałym dokumentem. Gdy myślę o dokumencie fotograficznym, widzę nieprzebraną przestrzeń przed sobą. Tu wszystko jest możliwe.

Masz jakieś swoje artystyczne inspiracje? Wzór?Fotografa,którego prace zapierają dech w piersiach? Ostatnio odkryłam prace VivianMaier i jestem absolutnie zakochana w jej zdjęciach. Wynosisz coś ze swoich projektów? Tak na wskroś egoistycznego?

Trudno mi teraz odpowiedzieć na to pytanie. Kiedyś zdecydowanie bardziej inspirowałem się samą fotografią, chciałem być jak ktoś lub pracować w obszarze podobnym do mojego guru, próbowałem przenosić to na polskie warunki. Kończyło się zawsze, na szczęście, na samych pomysłach. Takie przenosiny chyba nie robią dobrze. Oczywiście jest we mnie dużo elementów z rożnych fascynacji formalnych lub stylistycznych. Tego w fotografii trudno jest uniknąć. Natomiast, jeśli miałbym dziś napisać, kto z fotografów mnie inspiruje, nie potrafiłbym wybrać.

Wiele rzeczy lubię i doceniam, ale dawno nie miałem tak jak między innymi z Diane Arbus parę lat temu, że wręcz studiowałem jej zdjęcia. Teraz zrobiła na mnie wrażenie Taryn Simon, która za fotografkę się nie uważa, ale pracuje tym medium. Podoba mi się to, że sprowadziła je do dokumentacji, sam mam takie ciągoty, więc siłą rzeczy to mi się podoba. Niedawno też doceniłem Vanessę Winship, od zawsze natomiast podziwiałem Petersena… Jednak od dłuższego czasu nie zakochuje się w zdjęciach. Trochę mi tego szkoda. Ostatnio wracam do kina z lat 70-tych, dużo oglądam, lubię ten realizm w zdjęciach i życiowe historie. To mnie inspiruje, choć raczej nie zacznę robić takich zdjęć i nie wrócę do klasycznego dokumentu.

Czy wynoszę jakieś doświadczenie? Zawsze. To jest jak podroż w nieznane. Zawsze coś odkrywasz, czegoś się dowiadujesz. To najcenniejsze, co może być, bo przecież, możemy fotografować tylko to, o czym wiemy.

Czy istnieje obecnie jakieś zdjęcie, które w ostatnim czasie zrobiło na Tobie wrażenie, poruszyło Cię, zaskoczyło?

Powiem Ci szczerze, że nawet długo zastanawiałem się, jakie zdjęcie Ci wysłać, ale do tej chwili nie jestem w stanie sobie nic przypomnieć. Może nawet nie chodzi już o pamięć, a raczej o to, o czym chyba już wcześniej mówiłem, że siedzę już na tyle głęboko w fotografii i patrzę na nią już od wnętrza, czyli chcąc nie chcąc, rozbieram ją na części pierwsze, przez co trudno jest mi się „zaskoczyć”. Choć to nie przekreśla oczywiście samej możliwości bycia zaskoczonym lub podekscytowanym, ale jak widać, nic takiego mi się przed oczy nie nasunęło.  Muszę też przyznać, że nie oglądam zbyt wiele fotografii w ogóle w ostatnim czasie.

Za to dużo filmów oglądam. Bardzo bliski jest mi obraz Paciorki.

Mówisz także, że chcesz, by w Twoim działaniu filmy przenikały się z fotografią i potrafisz do nich wracać, wciąż na nowo coś w nich odkrywać. Tego samego nie masz, jeśli chodzi o zdjęcia. Co takiego jest w filmach, czego nie ma w fotografiach?

Sam sobie od dawna próbuję odpowiedzieć na to pytanie. Z kilkoma bliskimi osobami o tym rozmawiałem i diagnoza jest taka, że może po prostu mam inną percepcję. Wolę, jak coś się rusza i ktoś mówi, niż gdy panuje cisza i bezruch. Strasznie trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo w tej kwestii nie jestem w stanie sam siebie przeanalizować. Natomiast, jeśli chodzi o filmy, o które pytasz, to wracam do nich, ponieważ myślę, że mnie dotyczą. W takim sensie, że wiem, co chcą przekazać, o co chodzi bohaterom. Podobają mi się też na poziomie czysto artystycznym, pod względem obrazu. Ta czysta nienachalność kina moralnego niepokoju, a właściwie sposób filmowania w tamtym czasie bardzo mi odpowiada. Jest naturalny i klasyczny, taki codzienny, , czasami ziarnisty, brudny. Ale najważniejsza jest kwestia opowiedzianych w tych filmach historii. HABRYKA, bohater ”Paciorków…”, jest przeciwko całemu światu. Jako jedyna osoba jest w stanie zrozumieć, co się dzieje w jego małym świecie i próbuje go uratować.

Mnie to imponuje, bo jest to człowiek, który potrafi popatrzeć do przodu i to nie jest żaden stary pierdziel, który ma jakieś „widzimisię” i siedzi u siebie w domku, tylko wie, o co chodzi, skąd wzięło się to osiedle i dlaczego te „szufladki”, o których mówił, są bezsensowne. Co więcej, odtwórca roli Habryki był podobny do mojego dziadka, a jego żona ma coś z siostry mojej babci, więc jak na nich patrzę, to widzę osoby, których już nie ma. Mam wrażenie, że ktoś ich nakręcił na imprezie rodzinnej i ot tak sobie są na tym ekranie.

Wspomniałeś, że tak mocno siedzisz w fotografii, że trudno Cię czymkolwiek zaskoczyć. Powiem Ci szczerze, że gdy byłam na Twoim wykładzie, który inaugurował warsztaty dla młodych fotografów, to widziałam człowieka zafascynowanego tym, o czym opowiadał. Umiesz fotografią zarażać. Najbardziej mi się podobała czułość, z jaką mówisz o mieście.

Trzeba też zauważyć, że na tym wykładzie mówiłem o peryferiach fotografii. To są wciąż rzeczy, które w mainstreamie fotograficznym, nie funkcjonują i trzeba się do nich dokopywać, a co więcej, niektórzy w ogóle nie traktują tego jako fotografii. Co do miasta… trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo ono jest z serii analizowania samego siebie. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że to, co robię w ostatnich latach, zawsze było związane z miastem. Zazwyczaj jest tak, że fotografia miasta jest związana z przestrzenią czy architekturą.

Dla mnie architektura wyznacza granice, ale w ogóle się nią nie zajmuję w sensie badawczym czy wizualnym, nie hołubię na zdjęciach formy, bryły czy struktury. I tak było już przy Nikiszu, 10 lat temu i tak samo było przy okazji Brutala i tego, co zrobiłem nad Wisłą w Warszawie, gdzie tak naprawdę jesteśmy w centrum miasta, ale na zdjęciach nie ma nawet kawałka betonu. W mieście fascynuje mnie to, że jest ono rzeczywistością wielu światów. Każdy z nas ma swój, ale oprócz naszego punktu widzenia czy pewnych społeczności, w które się łączymy, istnieją w nim zupełnie inne wymiary i moje historie są właśnie o tym. Wszedłem w środowiska, na które prawie nikt nie zwraca uwagi. Fascynuje mnie to, że obok mojego życia, które jest, myślę, dosyć klasycznym życiem młodego człowieka, mającego rodzinę i różne mieszkaniowe sytuacje remontowe, itd. są „inne życia” i inne priorytety. To nie jest tak, że przychodzę i przyglądam się temu „innemu”. Tu jest zawsze wymiana: ja im mówię, co u mnie, a on opowiadają, co u nich.

Miasto to Twój temat numer jeden. Drugim jest człowiek. Ale powiem Ci szczerze, że dla mnie, mimo iż robisz portrety, jest on zawsze dyskretny. Ludzie są punktami odniesienia dla miejsc, w które wchodzisz. A z drugiej strony, nie są to klasyczne street photo. Czym tak naprawdę różni się Twoja fotografia od owej klasycznej ulicznej? Bo jest i miasto bohater, a jednak przestrzenie, które pokazujesz, mają coś z czułości, mają coś zastanawiającego… w streecie nie zawsze tak jest.

Mogę tylko powiedzieć, na bazie moich doświadczeń, że w streecie to było, jak pamiętam, bardzo snapshotowe, w takim sensie, że ktoś przechodził, ty robiłeś zdjęcie i bohater był w jakiejś konfiguracji przestrzennej, światło-cienie i tak dalej. W moim przypadku forma odgrywała ważniejszą rolę niż to, czy ów człowiek jest uśmiechnięty czy smutny i o co mu w ogóle chodzi. Natomiast w historiach, o których mówimy, są to takie portrety, które powstają, bo ktoś się z kimś spotkał, zamienił parę słów i była ogólna chęć do tego, żeby to zdjęcie powstało. W pewnym sensie autorstwo takiego zdjęcia jest dwuosobowe. To jest tak jakby zasadnicza różnica w podejściu do pracy. Wszystkie zdjęcia były robione wielkim formatem, więc siłą rzeczy to trochę trwało.

Wróćmy jeszcze do fotografii dokumentalnej. Mówiłeś, że tego typu fotografia z jednej strony jest bardzo fascynująca, a z drugiej może spowodować, że zamkniesz się w jednym pomyśle i wiele rzeczy będzie Ci uciekać. Jak sobie z tym radzisz? Jak długo pracujesz nad miejscem, do którego chcesz pójść albo nad środowiskiem, do którego chcesz wejść i je sfotografować? I w końcu, kiedy czujesz, że to już koniec, że wziąłeś wszystko, co to miejsce mogło Ci dać?

Trudno jest to wyczuć i akurat przy tych dwóch ostatnich historiach miałem dość łatwą sytuację, bo dworzec przestał istnieć, więc miałem koniec historii. Z Wisłą było tak, że inicjatywa wyszła od Centrum Nauki Kopernik i miałem po prostu deadline’y. Ostatnie zdjęcia zrobiłem jeszcze po tym terminie, tak dla siebie, bo chciałem to kontynuować, ale teraz nie wiem, czy będę. Uważam, że w przypadku Ekosytemu jest to rozpoczęta historia, wybrałem osiem zdjęć, które są dopiero punktem wyjścia, ale trochę jestem w innym momencie niż rok temu i nie wiem, czy będę w stanie do tego wrócić.

Na pewno musiałoby to inaczej wyglądać niż w książce, która jest efektem tej pracy. W sensie formy książkowej zostałaby ona przygotowana w inny sposób i miała odmienny ostateczny wydźwięk. Trochę trudno mi odpowiedzieć na pytanie dotyczące „końca”, bo przy „długoterminowych projektach” koniec jest odkładaną przez fotografa decyzją. Częstym wytłumaczeniem jest, że to dobrze dla historii, ale w rzeczywistości chyba to wymówka. Ja miałem tak przy „Nikiszowcu” i po prostu w końcu się zmęczyłem. Nie wiedziałem co dalej, myślami też byłem nieco w innym miejscu, więc albo bym wszystko wyrzucił i zaczął od nowa, a na to nie miałem siły i odwagi, więc po prostu stwierdziłem, że skończyłem robić zdjęcia i teraz robimy wystawę, podsumowujemy i zamykamy historię. Gdzieś jest taki punkt zwrotny, to wynika z prostego faktu, że się po prostu się zmieniamy. Fotografia jest procesem W pewnym punkcie kończy się jedna historia i zaczyna druga.

Trochę trudno pracuje się nad promocją czy zamykaniem tego wszystkiego, bo ja bym już Brutala nie zrobił, tak jak go powstał do tej pory, a wciąż się za mną ciągnie. bo była książka, która powstała półtora roku po zdjęciach, teraz już się sprzedała, pozostało jeszcze 10 egzemplarzy „Collector’s Editon”, które ciągle są w fazie przygotowania. Jestem już w zupełnie innym miejscu, ale praca z „Brutalem” trwa. . . Trochę się więc grzebię w przeszłości, ale też pamiętam z różnych doświadczeń, że należy wycisnąć cytrynę do końca. Przy Nikiszu popełniłem taki błąd, że tego nie zrobiłem, i myśląc tak czysto zawodowo-karierowo, to był duży błąd z mojej strony. Nie lubię tymi kategoriami operować i nimi myśleć, ale skoro nie mam innego zawodu, to muszę się jednak trochę nimi przejmować.

Jesteś członkiem grupy SPUTIK. Jaka jest tam Twoja rola? Czy jesteście grupą, która razem coś próbuje zrobić?

W tym zespole pracuje się bardzo dobrze. Wszyscy się lubimy. Fajne jest też to, że każdy z nas jest inny, każdy ma inne myślenie o fotografii, a mimo tego jesteśmy w stanie się porozumieć na podstawowym poziomie tego, co robimy. To wynika chyba z tego, że nikt nie udaje tego, kim nie jest. Każdy wie, że praca w SPUTNIKU jest bardzo wymierna i mimo iż każdy ma czasami większą przerwę, bo na przykład komuś się dziecko urodzi albo realizuje super projekt poza SPUTNIKIEM i musi się skoncentrować, to nikt nikogo za to nie gani.

Mamy swoje zadania, ja się zajmuję, z lepszym lub gorszym skutkiem, stronami internetowymi SPUTNIKA i czasami są obsuwy i mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia, ale myślę, że sukces leży w tym, że wszyscy jednak sumiennie robią swoje, bo wiedzą, że pracują i na grupę, i na siebie. Każdy też wie, że bez tego byłoby mu trudniej. Działalność w SPUTNIKU przekłada się na nasze życie zawodowe.

Dyskutujecie o swoich projektach fotograficznych?

Właśnie mniej jesteśmy taką grupą, która spotyka się powiedzmy w pięć osób i omawia przykładowo moje zdjęcia, po czym wszyscy razem się nad nim zastanawiamy. Bardziej jest to na zasadzie, że gdy nad czymś pracujemy, to zakreślamy swoje rewiry, żeby się nie nakładały. Ale każdy jest tak inny, że nie zdarza nam się powtarzać ani w tematach, ani w formie.

Jaka więc jest wspólna idea SPUTNIKA? Skoro jesteście tak różni, a jednak tworzycie grupę?

Myślę, że łączy nas to, że jesteśmy w porządku ludźmi. Tak po prostu. I że jest jakaś kindersztuba. Naprawdę, to jest grupa takich normalnych, życzliwych osób, każdy z nas ma swoje ambicje i to jest zrozumiałe, bo gdzieś tam – jakby nie było – jesteśmy artystami, ale wszyscy potrafią pomyśleć o grupie. Trudno to ująć w jednym zdaniu. Nie ma w tym żadnej ideologii, nie mamy też żadnej misji, chociaż robimy projekty warsztatowe z dziećmi na wsi, które są dla nas i dla nich zabawą. Ważne jest jednak to, że nie ma w tym żadnej ideologii.

Wracając jeszcze do filmu. Mówiłeś, że chciałbyś go łączyć z fotografią. Czy chciałbyś w najbliższym czasie zrobić projekt, który połączy te dwie dziedziny?

Na pewno wyleczyłem się z tak zwanych multimediów. Odstawiłem je na półkę i jest to już za mną. Część osób mnie z tym kojarzy, a ja do końca nie jestem zadowolony z tego faktu. Teraz ze SPUTNIKIEM wracamy na Islandię. Tym razem będziemy robić filmy dokumentalne z miejscowymi reżyserami. Strasznie się cieszę na ten projekt. Chciałbym jechać już teraz i pracować. Czysto warsztatowo jest to dla mnie fascynujący moment. Mam takie uczcie, gdy myślę o filmie, jak miałem, gdy dostałem się do Opawy, kiedy każdy wykład Birgusa był dla mnie odkrywaniem fotografii, a każde słowo kolegów o zdjęciach było czymś fascynującym. Zauważyłem, że toczy się życie, a fotografia przy tym życiu jest. I tu mam trochę tak samo. Wchodzę na jakiś plan, nawet plan reklamy i kręci mnie to, że są lampy, że ktoś jest scenarzystą. Mam taką… drugą wielką fascynację.

Czy istnieje coś takiego jak „dojrzałość fotografa”?

Nie wiem, czym jest dojrzałość w ogóle. Taką jedną rzeczą, która dla mnie jest wartością, jest po prostu to, że fotograf, nawet gdy działa intuicyjnie obrazem, to wie, skąd się ta intuicja bierze, wie, o czym są jego zdjęcia. Tam nie ma dorabiania ideologii, a to w fotografii jest bardzo częste. Nie lubię, gdy na przykład przychodzi do Ciebie student, pokazuje Ci 300 zdjęć i mówi, żebyś mu ułożył z tego historię, a Ty nie wiesz, o czym to jest i co gorsza student też nie wie. Kieślowski kiedyś powiedział: „Nieważne, gdzie się kamerę ustawia, ale ważne po co.” I z aparatem jest tak samo. Tylko w fotografii łatwiej to zakamuflować, bo zrobisz sobie tu krzaczek, tu zdechłego gołębia i już jest o samotności.

Prowadzisz wiele warsztatów, pracujesz w szkole. Jak wpływa na Ciebie interakcja z młodszymi fotografami, ludźmi, którzy też się tym interesują, ale mają zupełnie inny punkt widzenia. Jak to wpływa na Ciebie jako fotografa i wykładowcę?

Zawsze jest to dla mnie niezwykłe spotkanie. Często na warsztatach, także tych wrocławskich, mówię, że mam raczej rolę moderatora i osoby, która dzieli się swoim doświadczeniem. Nie jest jednak tak, że ja mówię co i jak ma być. Bardzo się staram, żeby tak nie było, bo czasami jest taka ciągota. Ale bardzo dużo dostaję zwrotnej energii, bo to zawsze działa w dwie strony. Zawsze marzyłem o tym, żeby uczyć i prowadzić warsztaty. Bardzo lubię to robić, chociaż czasami jest to trudne, bo ludzi przewija się dużo, nie zawsze jest chemia, trudno się czasem porozumieć, ale wciąż więcej jest plusów. Bardzo to cenię i zawsze wiele się uczę: o tym, jak powinny wyglądać kolejne warsztaty i o tym, co już niedługo będę robił.

ICELAND / 09.2010 Weather forecast in icelandic TV. © Michal Luczak / Sputnik Photos / Anzenberger

Niedawno dostałeś nagrodę za książkę fotograficzną. Jaka jest dzisiaj rola takich książek? Czy to jest taki intymny świat, które już na stałe daje fotograf odbiorcom? Bo już same wystawy nie wystarczają…

Książka jest dla mnie dowodem na koniec historii. Jeśli chodzi o wystawy, to ich koszt zrównał się z kosztem książki, a wystawa jest na miesiąc, góra dwa. Lepiej więc mieć książkę niż wystawę.

Szczerze mówiąc ta współczesna sytuacja nie do końca mi się podoba, bo za książką fotograficzną ciągnie się powoli jakaś ideologia. Pojawiają się spekulacje na rynku, książki się drukują, ktoś komuś wykupuje dwieście egzemplarzy i ta książka zaczyna być przez to ważniejsza niż przed wykupieniem. Recenzentów jest mnóstwo, pojawiają się jak grzyby po deszczu, piszą z prośbą o kopie recenzenckie do kolekcji, które ostatecznie są tylko prywatnymi kolekcjami a ich blogi są mało popularne. Trzeba sprawnie poruszać się w tym galimatiasie i znać nazwiska, z którymi stoi jakieś doświadczenie w branży. Nie ma się co zżymać, ale mam czasem wrażenie, że za mało w tym wszystkim chodzi o samą fotografię.

Teraz tak łatwo wydać książkę, że ludzie nie wiedzą, po co je wydają. I to widać. Jedziesz na targi do Paryża i widzisz, jak ktoś ładnie powiedział, próbniki druku i papieru. A między tym jest kilka perełek. Na szczęście.

Masz swoją ulubioną książkę fotograficzną? Taką, którą oglądasz i mówisz: wow!

Kiedyś bardzo ważna była The devil’s playground Nan Goldin i Revelations o Diane Arbus. A dziś czekam na Stocznie Michała Szlagi, myślę, że to będzie bardzo ważna książka nie tylko dla fotografów.